
Od ostatnich regat minęło już trochę czasu, a ja wreszcie przestałam żyć tymi co były i zaczynam żyć tymi co będą. A dlaczego? Bo są to takie regaty, że jak pojedziesz na nie raz, to będziesz chciał jeździć tam co roku. Mówię tu o regatach jachtów turystycznych, które odbywają się w Grecji w pierwszym tygodniu listopada. W zeszłym roku były to już osiemnaste z rzędu. I choć wszyscy znamy greckie luźne podejście do życia, to muszę przyznać, że firma czarterowa Vernicos Yachts, która jest organizatorem, stanęła na wysokości zadania. Pierwszego listopada 2008 stawiło się w Atenach 51 załóg z całego świata. Można było znaleźć się wśród braci żeglarskie z takich krajów jak: Norwegia, Austria, Niemcy, Szwajcaria, U.S.A, Wielka Brytania, Włochy, Irlandia, Węgry, Rosja oraz Polska w liczbie 6 załóg. Strona regat Najliczniejszą ekipę mieli Norwegowie (15 załóg) oraz Rosjanie (6 załóg) no i my. Cała startująca stawka była podzielona na dwie klasy A i B, w tej pierwszej znajdowały się jachty z grotami listwowymi, a w drugiej bez listew. W każdej z tych grup znalazły się po trzy polskie ekipy. W grupie A również mieliśmy swoich przyjaciół na jachcie o wdzięcznej nazwie „ZEN” - Oceanis 43, długość: 13,13m; żagle: 88,6m2. Galeria / Photos 2008Galerie / Photos 2002 Jacht, którym płynęła nasza załoga to „EXCORDIS” - Oceanis 473, długi na 14,3 m, z rolfokiem i rolgrotem o powierzchni żagla 102 m2 z dwoma kołami sterowymi więc nie mały. Trzeba przyznać, że prowadziło się go naprawdę dobrze, miał tylko jeden feler, gdy nie wiało on też się nie ruszał z racji swoich gabarytów i wtedy mijały nas wszystkie mniejsze jednostki, ale gdy tylko powiało trochę mocniej to żeglarstwo stawało się czystą przyjemnością. Z racji posiadania rolgrota znaleźliśmy się w klasie B wraz z przyjaciółmi z „ATHINY” - Oceanis 523, nieco większej od nas: długość 16,2m, powierzchnia żagli: 151m2, nie wspominając już o sterze strumieniowym. „Athina” ze swoją załogą okazała się bezkonkurencyjna nie tylko pod względem walorów zewnętrznych, ale także żeglarskich...wygrali całe regaty. Te trzy jachty wyczarterowaliśmy za pośrednictwem firmy „Sailmore”, która zajęła się wszystkimi formalnościami, co zdecydowanie ułatwiło nam przygotowania.A teraz trochę szczegółów jeśli o same regaty chodzi. 1 listopada odebraliśmy wszyscy nasze jachty i sprawdziliśmy ogólny ich stan, by w razie jakichkolwiek zastrzeżeń z naszej strony można było rozwiązać problem jeszcze w Atenach. Po „wyczerpującym” dniu odbiorów nadszedł czas na wieczorną integrację z innymi załogami. Takich imprez przy dźwiękach U2, które naprawdę zjednoczyło kilka jak nie kilkanaście załóg, to Ateny i każdy kolejny port chyba nie widział. Codziennie do integracji dołączało coraz więcej załóg min. Amerykanie, Węgrzy, Włosi. No, ale noc też się kiedyś kończy i 2 listopada wszyscy wyruszyliśmy do Epidavros, gdzie miał rozpocząć się pierwszy etap regat. Mieliśmy do pokonania ok. 30 mil morskich przy doskonałej żeglarskiej pogodzie. Pisząc to mam na myśli wiatr momentami sięgający 20 węzłów i niemałą falę, co przyczyniło się do tego, że część mojej załogi w tym ja, no cóż skipper też człowiek, zapadło na ulubioną chorobę żeglarzy tzw. morską. Do tego wszystkiego płynęliśmy przez handlowy szlak wodny do Pireusu, gdzie umówmy się, wszyscy, którzy pływali w tej okolicy wiedzą, że pływa tam sporo całkiem dużych jednostek. Dotarliśmy na miejsce późnym popołudniem nieco zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Wieczorem czekała na nas zorganizowana przez Vernicos Yachts uroczysta kolacja tzw. zapoznawcza, poprzedzona odprawą dla skipperów, gdzie omawiane były dokładnie plany wyścigu na następny dzień. Po kolacji większość załóg w tym również organizatorzy przenieśli się do knajpki w porcie, w której to już stało się tradycją, by dalej się bawić. Nazajutrz rano wszyscy bez wyjątków stawili się na linii startu pierwszego etapu.Z Epidavros do Methany. W tym dniu było do pokonania 18,25 mil morskich, a początek o godz. 10.00 dla klasy A i sześć minut później dla klasy B. I wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdyby nie to, że wiatru w ten dzień próżno szukać. Start był przekładany kilkakrotnie. Co chwilę płynęliśmy za komisją regatową w poszukiwaniu lepszego miejsca, gdzie wieje choć odrobinę, aby móc wystartować. Mieliśmy nawet dłuższy postój podczas, którego wielu żeglarzy zażywało słonecznych i morskich kąpieli. Przyznam, że 3 listopada kąpiel w morzu to raczej rzadkość. W tym dniu nie udało nam się niestety wystartować. Po odwołaniu biegu wszyscy włączyli swoje silniki i udaliśmy się do portu w Methanie. Tam wieczorem czekał na nas poczęstunek od organizatora w postaci grillowanej ośmiornicy i lampki wina.4 listopada o godzinie 09.00 rano odbył się start do drugiego i trzeciego etapu regat z metą na Poros, o łącznej długości trasy, ok. 20 mil morskich. W tym dniu wiatr nam sprzyjał ku ogólnemu zadowoleniu wszystkich załóg. Niestety nasza radość nie trwała zbyt długo, gdyż praktycznie w połowie pierwszego biegu skończył nam się wiatr. Zmuszeni byliśmy do zrezygnowania i po włączeniu silnika dopłynęliśmy na kolejny etap. Już przy Poros wystartowaliśmy ponownie, ale i tym razem nie było nam pisane dotarcie do mety w wyznaczonym czasie. Po zapadnięciu zmroku regaty zostały odwołane. Cóż, bywa i tak. W środę 5 listopada wystartowaliśmy z nowymi siłami do pokonania kolejnych mil morskich, tym razem w sumie około 23. I choć wiatru było jak na lekarstwo, to pierwszy bieg ukończyli wszyscy, a my nawet na przyzwoitym miejscu. Po emocjonującym przedpołudniu z ochotą zabraliśmy się do popołudniowego wyścigu. Muszę przyznać, że początek był obiecujący, niestety nasze nadzieje na ukończenie skończyły się wraz z zachodem słońca. No, ale nie można mieć przecież wszystkiego. W zamian za to w porcie w Ermioni czekała na nas kolacja od Vernicos Yachts, a na niej tańce i śpiewy. Ostatni etap odbył się 6 listopada z Ermioni do Porto Heli. Rozpoczęliśmy jak zwykle o godzinie 09.00 rano i mieliśmy do pokonania dystans 18,5 mil morskich. Ten dzień był spełnieniem naszych marzeń o wietrze, bo chociaż nie był silny to wystarczający do tego, aby szczęśliwie dotrzeć do mety i mieć po drodze jeszcze frajdę z zostawiania innych w tyle. Na finiszu mieliśmy zacięty pojedynek między innymi z drużyną węgierską, z którą zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić wcześniej. Niestety nie udało nam się wygrać tego osobistego pojedynku, ale i tak w klasyfikacji generalnej byliśmy wyżej niż oni, a i sympatia obu załóg pozostała. Wieczorem odbyło się uroczyste wręczenie nagród zamykające całe regaty oraz kolacja połączona z tańcami. Nasza załoga zajęła 14 miejsce. Wynik może i nie był oszałamiający, ale dla nas najważniejsze było, że nie jesteśmy na szarym końcu tylko w połowie stawki. Od 7 do 9 listopada mieliśmy jeszcze szansę pożeglować, gdyż dopiero 9 musieliśmy stawić się w Atenach. Korzystając z okazji i tego, że wieje postanowiliśmy, po chwili namysłu, zwiedzić Hydrę, która jest chyba jedną z najpiękniejszych wysp greckich. Przez chwilę nasze plany nie były do końca pewne, gdyż ekipa z „ZEN-a” miała małą awarię. Podczas, kiedy oni naprawiali, my ich holowaliśmy. A z racji małego portu na Hydrze z problemem jaki mieli, nie zaparkowali by tam, więc pojawiła się opcja powrotu na Poros. Na szczęście usterka okazała się na tyle mała, że po dłuższej chwili mogli już samodzielnie kontynuować podróż na Hydrę. W tym zapierającym dech w piersiach porcie spędziliśmy noc i następnego dnia ruszyliśmy już w drogę powrotną do Aten. I choć mogliśmy przenocować na Aeginie, a dopiero 9 listopada zjawić się w marinie, gdzie musieliśmy oddać jachty, to stwierdziliśmy, że wracamy prosto do niej bez żadnych przystanków. W ten oto sposób mieliśmy do pokonania 40 mil morskich w jeden dzień i jak na ironię przy doskonałym wietrze, ale prosto w dziób. Całą trasę pokonaliśmy zatem na silniku. Możecie się spytać: czy warto jechać na Blue Cup? Moim zdaniem, a byłam tam drugi raz....tak. Piszę to z całą odpowiedzialnością. Może tym razem wiatr nie dopisał, ale to przecież nie jest zależne od nikogo. Warto tam być, dla atmosfery jaką się czuje od momentu przekroczenia pomostu, przy którym stoją zacumowane jachty gotowe do tego by na nie wsiąść i pływać. A co do ludzi? Nie jestem w stanie opisać pozytywnych emocji jakie towarzyszą tej imprezie. Nie spotkałam tam praktycznie nikogo, kto nie byłby przychylnie nastawiony do innych. Niektórzy tylko nie chcieli mi uwierzyć, że jestem skipperem, bo niestety nadal kobieta sternik to niezwykły widok. Choć przyznam, że śmiesznie było tłumaczyć, że naprawdę ja poprowadzę jacht. Co do rywalizacji? To na pewno jest, ale tylko w tej zdrowej odmianie. Jeśli chodzi o zaplecze techniczne? Tym też nie należy się martwić, gdyż cały czas jest z nami ekipa składająca się z mechaników i obsługi ogólnej, gotowych pomóc w każdej sytuacji. Do tego wszystkie jachty są ubezpieczone. Jak to ujęła Magda nasza załogantka, która pierwszy raz była na jachcie na morzu: „Blue Cup to najlepsze wakacje w życiu”. I coś w tym musi być, gdyż większość mojej załogi zadeklarowała już chęć powtórzenia tego w tym roku. Może i niektórzy z Was znajdą w sobie chęć przeżycia niezwykłych chwil. Jeśli tak...to do zobaczenia w Atenach. Marzena Knap, skipper S/Y EXCORDIS.